Podobno człowiek raz na zawsze uwolni się od strachu i lęku, jeśli wyobrazi sobie, że to już koniec jego żywota. Śmierć jest traktowana jako lęk pierwotny, a uporanie się z tym, co nieuchronne, ochroni nas przed innymi pojawiającymi się lękami.

Zresztą to bardzo logiczne: ludzie zawsze boją się nieznanego- czegoś, czego wcześniej nie doświadczyli.


 

Ale miało być o smutku, który na obecnym etapie mojego życia, jest niezwykłym i niezwykle inspirującym uczuciem. Żyję z nim od prawie 4 lat.

 W końcu nie ma nic wesołego w tym, że ma się chore dziecko. Zaakceptowałam to, że muszę czasami się posmucić, popłakać, posnuć ciemne scenariusze. Ale przez to, że przestałam się za to biczować- o dziwo lepiej się z tym czuję.

Zresztą- im bardziej od czegoś uciekasz, tym bardziej to do Ciebie wraca. I coś w tym jest. Z życiem nie warto walczyć. Jak widać nie mamy na nie kompletnie wpływu.

 Żyjemy w takich czasach, że trzeba być ego pozytywnym, wysportowanym, zadbanym i szczęśliwym. Poradników szczęśliwego życia jest teraz prawie tyle samo, co poradników szczęśliwego macierzyństwa polskich celebrytek. Złote rady dla zasady. Czyli o wszystkim, dla wszystkich, czyli dla nikogo.

 

Czasami odnoszę wrażenie, że zestarzałam się przedwcześnie i bredzę jak stara ciotka, ale naprawdę nie da się docenić szczęścia, poznać go, doświadczyć, jeżeli nie dostaniemy mocno po dupie.

Ciągle nam za mało, za dużo, ciągle jesteśmy za grubi, za chudzi, ciągle nie teraz, bo za wcześnie, a potem za późno.

A chodzi o to, żeby w końcu żyć i być. Przestać rozkładać życia na kawałki, przestać analizować, kalkulować  i szukać na wszystko racjonalnych odpowiedzi. Przestać unikać smutku, bo od niego nie da się uciec. Nie da.

Musicie wiedzieć, że ja jestem taka “mądra” z jednego powodu: uprzednio wcześniej przepłakałam ocean łez z bezsilności, bólu i strachu właśnie z powodu smutku. Byłam naprawdę na ostrym zakręcie.

Nie ma chyba nic gorszego jak choroba dziecka- choroba, która nie przejdzie po antybiotyku, ale z którą trzeba nauczyć się żyć. I przestać wybiegać w przyszłość, planować, tylko żyć z nią. Przestać szukać miodu w dupie, a doceniać to, co się ma- tu i teraz. Oczywiście warto wyznaczać sobie cele, marzenia, ale mieć z tyłu głowy, że życie pisze swoje scenariusze. Na ogół lepsze.

 

 Wiecie czym teraz jest dla mnie jest szczęście? Tym, że chodzę, mam sprawne ręce, nogi, głowę, że mogę pisać, pracować. Od kiedy mam Tolę i wiem, że na wszystko to, co ja dostałam od życia za darmo, ona musi zapracować, widzę, że traktujemy szczęście jako utopię, jakieś wyśnione Eldorado, za którym biegamy jak poparzeni, a i tak ciągle nie to, nie śmo.

 

 My naprawdę nie mamy na WSZYSTKO wpływu. Również nasze myśli nie są za WSZYSTKO odpowiedzialne. Wkłada nam się takie hasła do głowy i potem “życie traci sens”, bo nasza misternie przez lata układana wieża- wieża z naszych marzeń, nagle się rozpada.

 

  Ale życie się toczy, ziemia kręci, a my wraz z nią. Jesteśmy raz na górze, raz na dole. A trzyma nas grawitacja. Ta jedyna. Niezmienna.