Czasami odnoszę wrażenie, że to moje macierzyństwo z niepełnosprawnym dzieckiem to jakiś sen. Ja naprawdę nie wiem jak udaje mi się w tym odnajdywać. Czy zaklinam rzeczywistość? Bynajmniej. Mówię o tym wszem i wobec, wręcz krzycząc ostentacyjnie: “dzień dobry, Aleksandra Skoczeń, mama niepełnosprawnej dziewczynki.”

W końcu nie da się niezauważyć. Jej wysoka niczym 8 latek, choć ma 6 lat. Chodzi krzywo, a czasami biega na czworaka, mówi nieskładnie. Idąc z nią czuję się jakbym była goła. Trzymanie jej za rękę czy powstrzymywanie napadu wściekłości, kiedy pora wejść do wózka, jest niczym przebranie się za pana Piwko na warszawskiej Starówce. Gapią się wszyscy. Często słyszę ich głośne myśli, które mimowolnie lecz natrętnie zawijają się w moje zwoje nerwowe i nie chcą z nich wylecieć.

Swoim ekshibicjonizmem i mówieniem o tym w sposób tak prosty, jakbym mówiła o goleniu nóg, niejednokrotnie wprawiam ludzi w rodzaj pewnego zakłopotania. Niepełnosprawność cały czas jest tematem tabu lub czymś,czego należy bardziej współczuć niż się nim chwalić. Swoją teatralną odwagą dodaję sobie animuszu. Tola stała się moim kompasem w drodze do wolności wyrażania siebie w sposób prosty i nieskomplikowany. Czuję pewnego rodzaju słodką, macierzyńską dumę, która przemieszana jest z łyżką dziegciu. Jest to po prostu gorzkie macierzyństwo. I nie ma co ściemniać. Szczerze powiem, że im dalej w las, tym trzeba mieć więcej siły. Nie tylko psychicznej! Trzeba mieć sprawne i elastyczne ciało, bo dzieci nasze są kapryśne, czasami są leżące i trzeba mieć po prostu SIŁĘ! A siła zaczyna się od psychiki…

A u nas niestety z tym jest największy problem. Stres towarzyszy nam ciągle. Atak padaczkowy, zmiany w zachowaniu, zastój w rehabilitacji, ciągłe zastanawianie się, czy aby na pewno wszystko zrobiłam, żeby pomóc? Tego jest mnóstwo. Ale tym najczęstszym pytaniem, jest : co będzie w przyszłości?

A tak w ogóle: wierzycie, że ktoś przewidzi Waszą przyszłość i powie Wam, co Was czeka jutro, za rok, za pięć lat?
Ja też nie.
Ale wierzę w jedno: system przekonań i… samospełniające się przepowiednie. Dlatego uważajcie na to, co do siebie mówicie…

Najważniejszym składnikiem zdrowia umysłowego jest zdolność poradzenia sobie ze zdarzeniami, które mogą sprzyjać zaburzeniom psychicznym. Możemy to nazwać elastycznością psychiczną.  To nie znaczy, że rozwód, wypadek czy poważna choroba bliskiej osoby nas nie obchodzą! Nie. To oznaczy, że umiemy wykrzesać z siebie siły, które pozwalają przetrwać w trudnej sytuacji i nie wpadać w dół ciężkiej depresji czy załamania nerwowego. Jednak “wykrzesać z siebie siły”, to czasami po prostu pozwolenie sobie na pomoc. Skierowanie swoich kroków do specjalisty – psychoterapeuty lub ( jeśli jest taka konieczność)- psychiatry. Po prostu bierzesz życie we własne ręce! Dlatego mówie o tym, że szczęście to wybór.

Najtrudniejszy jest pierwsze umówienie się na wizytę

Od kiedy zaczęłam intensywnie działać w internecie, zaczęło pisać do mnie mnóstwo matek z prośbami o poradę. Wiele ma ewidentne stany depresyjne (bardzo często mi to piszą), ale cały czas próbują przekonać siebie, że owszem- jest bardzo ciężko, ale muszą dać sobie radę. Już samo słowo “muszę” powoduje we mnie gęsią skórkę. Chcą ode mnie porady, żebym im dała złoty środek, ale ja mówię otwarcie : idź do psychoterapeuty! Przepracuj traumę, pewne sprawy, naucz się siebie na nowo w tej nowej sytuacji. To nie będzie oznaczało, że jesteś słaba. Wrecz przeciwnie! Jesteś silna. Odpowiedzialna. Bierzesz życie za rogi i ciśniesz. Ciśniesz do przodu. Ja ze swojej strony otoczę Ciebie dobrym słowem i wsparciem, ale uwierz mi na słowo- choćbym chciała Tobie pomóc na już, wiem, że to niemożliwe. Musisz to przepracować. Nie na jednym lub dwóch spotkaniach. To proces, ale wart wykonania telefonu i umówienia się na wizytę. Musisz zrozumieć, że im dłużej będziesz udawała cyborga, tym gorzej się to skończy. Daj sobie pomóc. A mówię Ci to ja- osoba, która przeżyła wszystko na własnej skórze.

STRES. Jeśli jest on zbyt intensywny lub trwa zbyt długo, jego rezultatem, jest osłabienie odporności, pojawiają się zmiany fizjologiczne ( tzw. somatyzacja( zaburzenia lękowe, takie jak duszności, kłucie w sercu, itp.), aż w końcu dochodzi do zmian na poziomie komórkowym.

Pamiętaj też, że czasami najlepszym rozwiązaniem jest psychoterapia połączona z farmakologią. Nie bój się tego! Dobry specjalista dobierze Tobie odpowiednie leczenie, które pomoże Tobie uporać się ze skutkiem długotrwałego stresu. I nie ufaj tym, co mówią- medytuj, biegaj, skacz, odpowiednio się odżywiaj, suplementuj się, ale “na miłość boską, nie bierz prochów!”. Przez 5 lat robiłam wszystko z tej listy. 2 lata byłam na diecie vege, bez laktozy, bez glutenu, miałam głodówki Ewy Dąbrowskiej, suplementowałam magnez, potas, selen, witaminę b12, dużo się modliłam, etc. Z nerwicy lękowej mnie nie wyleczyło.
Nie oznacza to, że masz jeść byle gówno i tylko stosować farmakologię! Absolutnie nie! Masz się racjonalnie odżywiać, dostarczając organizmowi niezbędnych witamin z pożywienia oraz stosować dobre tłuszcze: om ega-3, -6, -9, które znajdziesz w dobrej jakości oleju rzepakowym, lnianym, z czarnuszki ( polecam kapsułki, bo dla mnie ten olej jest nie do wypicia).

Czy oni dają sobie wyrywać ósemkę bez znieczulenia? Leki są przepisywane tylko po to, żeby nam POMÓC!
Owszem. Przez pierwsze dwa tygodnie miałam ostre jazdy ze strony układu pokarmowego, ale to normalne w przypadku tych leków. Tzn. tak ma zdecydowana większość ludzi.
Jednak to mija. Warto konsultować takie sytuacje z psychiatrą, żeby czuć się spokojnie. Ja tak robiłąm, dlatego jakoś dobrnęłam do stanu, kiedy… kiedy zaczęły u mnie działać! Kiedy pierwszy raz po dwóch latach jechałam samochodem, wyjąc jak bóbr, że nie czuję kołatania serca i nie mam mroczków przed oczami na skrzyżowaniu…
A! I absolutnie nie korzystajcie z forów internetowych! Od mojego leku podobno się prawie umiera…
„Życie nie powinno być podróżą do grobu, , narąbany w trzy dupy krzycząc ALE TO BYŁA JAZDA”