” Pani Olu, jakie to szczęście, że Tosia urodziła się w Waszej rodzinie…”

To słowa naszej lekarki, która zna mnie jeszcze jako noworodka. Jest pediatrą i internistą w jednym.
Za każdym razem, kiedy przychodzi do nas na prywatną wizytę ( raz do roku wszyscy chorujemy na akord), siedzi u nas prawie 2 godziny, bada nas, rozmawia z nami, tłumaczy i cały czas nie może sie nadziwić, że “ona robi takie postępy!” ( od razu tłumaczę: zna ją od urodzenia i pamięta w jakim była stanie, więc może porównać).
Dla mnie to wielkie błogosławieństwo, że ją mam, bo wizja stania z Tosią w kolejce do pediatry, jest dla mnie nie do zrealizowania. NIGDY.
A więc ostatnio wypaliła z takim zdaniem i nie powiem… wzruszyłam się. Wzruszyłam się, bo powiedziała to lekarz, która w swojej praktyce spotykała się z wieloma historiami. Powiedziała to, co widzi, i nieskromnie powiem, że wiem, że nasza ogromna miłość i nasza totalna akceptacja do Tośki, zrobiła swoje. My po prostu wchodzimy w jej świat, przyjmując, że każdy przecież ma jakiegoś bzika, więc czemu ona nie miałaby prawo do swojego? ;). I git, mam rację?
Wiem jednak, że kiedy rodzi się niepełnosprawne dziecko łatwo jest mówić o akceptacji. W ogóle łatwo jest teoretyzować, ale zdecydowanie trudnej zastosować to w praktyce.
Z doświadczenia wiem, że na pierwszym miejscu, kiedy dowiadujemy się o diagnozie, musimy na tej samej szali postawić zdrowie dziecka, ale również i zdrowie własne. Niestety bardzo często zapominamy o sobie… Ba! Wydaje nam się, że byłby to szczyt egoizmu myśleć o sobie, kiedy nasz dziecko dotknęła taka tragedia… W końcu musimy sobie poradzić, prawda? Jesteśmy rodzicami…

A przecież każdy z nas jest inny, każdy z nas ma inne przekonania, każdy z nas dorastał w innych rodzinach, gdzie nauczył się innych przekonań, “klimatu”, który potem bardzo często odtwarza w swoim dorosłym życiu. A szczególnie ujawnia się to w sytuacjach prawdziwych problemów… I wtedy okazuje się, że z tymi prawdziwymi problemami, nie potrafimy sobie poradzić. A musimy. Więc stajemy na wysokości zadania, jesteśmy odpowiedzialnymi rodzicami, opiekunami, choc coraz bardziej się w sobie kurczymy z bezsilności i strachu…

Od kiedy napisałam Tak Cię Kocham! rozpisali się do mnie rodzice, pisząc: Pani Olu, dziękuje. Właśnie zapisałam się do psychiatry.
Nie ma dla mnie lepszej recenzji. 

W marcu zaczynam pierwsze, wyjazdowe warsztaty dla rodziców. Motywacyjne, wspierające- nie da się tego opisać w dwóch słowach.
Tytuł to Powiedz życiu tak cię kocham! i jeżeli czytacie moje posty, jeśli oglądacie moje filmy na youtube (tak cie kocham!tv), jeżeli czytaliście moją książkę Tak Cię Kocham!, wiecie, że najważniejsze dla mnie jest to, aby działać dla rodziców.

Dla naszych dzieci mamy pełno pomocy. A dla nas? Po usłyszeniu diagnozy, rozjeżdżają nam się nóżki jak Jelonkowi Bambi na lodzie i dupa. Radźcie sobie sami. A bez naszej siły, bez naszej wiary, uśmiechu, akceptacji… nie będzie szczęśliwego dziecka. Dziecko wyczuwa, jaki jest stosunek uczuciowy rodziców do niego. Niezaspokajana potrzeba miłości pozostawia w nim ślady urazowe nieraz na całe życie.
Dlatego pamiętajmy! Tak, spotkało nas to. Dlatego musimy, MUSIMY ZAWALCZYĆ O TO, ABY SOBIE TO UŁOŻYC W GŁOWIE. Przede wszystkim dla siebie.
Bo tak, jak dzieje się w samolocie: jeśli nie założysz najpierw maski tlenowej sobie, jak możesz uratować dziecko…?

Dzisiejsza sesja w “moje królestwo”, jak to zwykła mówić. Kocha pozować, a ja kocham to uwieczniać na zdjęciach. Nie wiem, co z niej będzie. Może grusza na wierzbie, może śliwka na sośnie, ale wiem jedno: kocham jej dziwotę na maksa!

A tutaj we dwie… Trudna to miłość. Ostatnio są na etapie bicia. Tośka jest prowodyrem, bo nie potrafi na spokojnie zrozumieć słowa NIE. Nastka nie pozostaje dłużna i wspaniale! Nie dajemy się sterroryzować.